Nocnikowe szaleństwo

child-316211_1280

Przyznaje się bez bicia, że jestem jedną z tych mamusiek, które czasami dają się zapędzić w kozi róg. Niestety. Nie wszystko spływa po mnie jak po kaczce i nie zawsze trzymam się jak tonący brzytwy, swojego zdania. Bo przecież czasami tej racji nie mam, czasami się mylę a koniec końców lepiej schować dumę w buty zwłaszcza jeśli na szali leży zdrowie, rozwój i samopoczucie Twojego dziecka.

Tak więc ogół wywarł na mnie presję. Konkretną. Mocną. I może na pierwszy rzut oka, ktoś mógłby stwierdzić, że przesadzam, że nic takiego nie miało miejsca. Ale… miało. Cicho, powolutku, sukcesywnie i powtarzane przy najbliższej okazji jedno małe, tycie pytanie i to nawet nie skierowane bezpośrednio do mnie: „A Antosia już robi siusiu na nocniczek? Przecież jesteś już dużą dziewczynką.”. I oczywiście odpowiedzieć powinnam ja, no bo jak inaczej? Na początku odpowiadałam lekko i z uśmiechem, że jeszcze nie. Potem do tych słów dochodziło „jeszcze ma czas”, później „jeszcze nie jest gotowa” aż przy kolejnym n-tym pytaniu zaczęłam zdawać sobie sprawę, że mi wstyd, że innej odpowiedzi nie mam. I mimo że mocno wierzyłam w to co mówię, że to nie jest jeszcze czas dla Małej, że to wszystko powoli przyjdzie samo to wciąż czułam na sobie spojrzenia i widziałam skinięcia głową niby to ze zrozumieniem, którego tak naprawdę brakowało.

Fala pytań zalała mnie jak Tosia skończyła dwa latka i oczywista oczywistość – w wakacje. A jakże, przecież to najlepszy czas bo berbeć może latać bez pieluchy samo pas 24/7. No tylko rzeczywistość jest z grubsza inna gdyż nie zawsze jest tak ciepło żeby latać bez, nie jest to do końca zdrowe/bezpieczne – może przesadzam ale wizja przewianego pęcherza skutecznie odstraszała mnie w tej starej jak świat metodzie nauki nocnikowania. Ale namówili mnie. Próbowałam, nie powiem że nie. Tyle że wiecie co? Wszystkie próby, no dobra –  8 na 10 prób kończyło się sikaniem w majtki. Po prostu. Nie pomagały dziesiątki pytań z puli: chcesz siusiu? Nie pomagały brawa, piosenki, całusy – nic, ej nawet lizak był – aż wstyd się przyznać! 🙂 Ten epizod nauki nocnikowania skończył się tak szybko jak się zaczął. Poddałam się i razem z mężem stwierdziliśmy, że to jest totalnie bez sensu. Mała tego jeszcze nie kuma. Nie wie o co chodzi i mimo że naprawdę świetnie się już wtedy z nami komunikowała, informację, że chce siusiu, skutecznie przed nami zatajała. Wzięłam się w garść, zaczęłam znowu jak mantrę powtarzać wszystkim w koło -” ma jeszcze czas” i ruszyłam z nauką po swojemu, bez zdejmowania pampersa bo Antosia w pewnym momencie jak widziała, że wyjmuję majteczki to biegła po pampersa i mówiła, że chce to. No więc stwierdziłam, że o czymś to musi świadczyć i nic na siłę. Małej co trochę opowiadaliśmy o nocniku, o tym, że super go mieć, że jak będzie robić siusiu to będzie już prawie taka duża jak mama. Co trochę pytaliśmy ją czy chce siąść na nocniku. Czasami chciała, czasami nie i tak ten nasz kibelek dla maluchów stał sobie u nas w łazience i oczekiwał na swój moment.

I ten moment nadszedł i to dopiero całkiem niedawno, bo jakieś trzy tygodnie temu. Po śniadaniu spytaliśmy Antosię czy chce iść zrobić siusiu na nocniczek. Ot takie pytanie, które często padało i w sumie na tym się zwykle kończyło. Ale ku naszemu zdziwieniu Antosia powiedziała tak i to nawet z chęcią w głosie – uwierz mi radość i entuzjazm własnego dziecka bez problemu poznasz po głosie, nie zwariowałam. Zaprowadziłam ją do łazienki, pozbyłyśmy się pampersa i tadam! siku wylądowało w nocniku! Oczywiście było wielkie WOW! Ekstra! Brawo! Ale jesteś już duża dziewczynka! I poszłam o krok dalej widząc uśmiech i dumę mojego malucha. Zaproponowałam włożenie majteczek, które sama sobie wybierze. Chyba tylko mama, która po raz pierwszy wkłada dziecku majtki, zrozumie moją ekscytację i radość kiedy Tosia pobiegła ze mną do pokoju. Normalnie czad! Cieszyłam się chyba bardziej od niej i w ogóle mi nie przeszkadzał fakt, że wybór majteczek zajął nam prawie 20 minut. To było tak nieistotne! Przed oczami roztaczała mi się wizja totalnej wolności – bez przewijania, pudrowania, kremowania i pampersów. Po tym jak wybrałyśmy już majteczki urządziłyśmy sobie małą pogawędkę w stylu: Antosiu jak chcesz chodzić bez pampersa to musisz wołać mamę jak będziesz chciała siusiu i kupkę – nie jak będziesz robić ale jak będziesz chciała. Ogólnie tłumaczenie tego 27-miesięcznemu dziecku brzmi jak dobre fantasy ale właśnie to zdania stało się moją nową mantrą. Najtrudniejszy był pierwszy tydzień, bo to właśnie wtedy Antosia uczyła się różnicy między chcieć zrobić a już robić… ale co tam! Wołała i woła teraz w większości przypadków przed a nie po czy w trakcie. Jest to genialne, ekstra i tak ekscytujące! Na razie jesteśmy na etapie bez pampersa w dzień, przymierzamy się powoli do nocy bo już widzę, że w większości przypadków pampers z rana i po drzemce jest suchy. Super co?

Uwierzcie mi nie jest to wszystko takie przerażające jakby mogło wyglądać. Da się z dzieckiem wyjść na spacer, do sklepu, banku, koleżanki itd. nie zakładając pampersa. Wystarczy tylko Wasze dobre przygotowanie, a więc nowy niezbędnik, który zawsze powinnaś mieć ze sobą. Ja osobiście nie ruszam się – przynajmniej w większości przypadków – bez tych kilku rzeczy:

  • majteczki i spodnie/spódniczka  na zmianę – nie licz na to, że nie przytrafi Wam się żadna mokra przygoda na początku odpieluchowania; w swojej torebce zawsze mam ok. 3 par majtek i spodenek dla Tosi
  • mokre chusteczki – mam wrażenie, że ten punkt będzie mi towarzyszył do końca życia – przy dziecku warto je mieć zawsze przy sobie – ich zastosowania w tym przypadku chyba nie muszę wyjaśniać 🙂
  • pampers – w razie gdyby pojawił się bunt na pokładzie, przez pierwsze półtora tygodnia warto mieć go w zanadrzu bez specjalnego obnoszenia się nim przy dziecku, które jak wyhaczy to nawet z wygody będzie się o niego upominać
  • nocnik – tak, dobrze czytasz. Czasami na spacery zabieram do torby nocnik. Przestaniesz się tak dziwić, jak nakreślę sytuację. Antonina jako dziecko niezwykle uparte i przyzwyczajone do różnych panujących w domu schematów i nocnikowanie uznała jakby za schemat, czyli: robię TYLKO na nocniku. Tak – tylko. Na dworze nie zrobi pod drzewkiem, w galerii nie siądzie na sedes, u babci nie skorzysta z toalety bo – Tosia robi na nocniczek. Więc chcąc uniknąć mokrych majtek i co za tym idzie nie demotywować przez to Tosi, kupiłam trochę mniejszy, jak to nazwałam, mobilny nocnik. Chodzimy z nami do babci, cioci, koleżanki, na podwórko. Rzadziej na spacery czy zakupy bo Mała pięknie potrafi przespacerować dwie godzinki bez żadnej wpadki (tak, podaję dziecku picie na dworze i mimo to robi siusiu dopiero po powrocie do domu) i pewnie przyjdzie niebawem czas, że bez nocnika będziemy wyruszać na wojaże ale na razie… mamy nowego spacerowego przyjaciela.
  • tony cierpliwości i wyrozumiałości – nie krzycz, tłumacz – zawsze. Jasne, że nie będziesz skakać z radości, kiedy Twoje dziecię popuści na środku placu zabaw albo w gościach, ale przypomnij że trzeba wołać jak tylko poczuje, że chce iść do toalety. Krzyk tylko może zniechęcić dziecko do kolejnych prób odpieluchowania. Poza tym, to dla niego ogromnie trudne zadanie. Do dziś jestem przekonana, że to chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy, jaką trzeba nauczyć dziecko, więc miejmy tą cierpliwość i wyrozumiałość.

Swoją drogą, jakby ktoś powiedział mi, że odpieluchowanie dziecka będzie mnie tak strasznie „jarać” to popatrzyłabym na niego jak na kosmitę. Ale kurde! Wiecie co to oznacza poza zaprzestaniem kupowania pampersów i wiecznym przewijaniem dziecka? Ano to, że masz w domu już nie Dzidziula a samodzielnego, rozumnego Malucha z którym wchodzisz w kolejny etap rozwoju i wychowania. To jak koniec jakiejś ery! Koniec etapu bezbronnego noworodka, który potrzebuje Cię 24/7. Twój Maluch staje się coraz większy i coraz bardziej samodzielny. Jest to tak wspaniałe jak i smutne zarazem…

Bo widzisz, każdy Ci mówi, jak trzymasz swoje miesięczne maleństwo w ramionach, że dzieci szybko rosną, że musisz się nacieszyć tą chwilą, kiedy jeszcze nic nie mówi, nie biega, nie woła siku bo to znaczy, że bezgranicznie Cię potrzebuje – jak tlenu. I owszem, później będzie Cię nie mniej potrzebować, ale inaczej, nie bezgranicznie – zacznie nabywać kolejne umiejętności a Ty będziesz patrzeć jak się rozwija z dumą ale i ze smutkiem, bo stajesz się odrobinę odsunięta. Po raz pierwszy coś takiego poczułam, gdy odstawiłyśmy się z Tosią od piersi, teraz czuję to ponownie i to chyba ze zdwojoną siłą. Jestem z niej dumna, widzę jej radość i satysfakcję z tego, że kolejną już rzecz może zrobić sama… a jednak tak trochę przykro, że potrafi już sama.

W ogóle co ja Wam będę mówić, odpieluchowanie nie jest łatwe, wymaga czasu i cierpliwości. I przede wszystkim – powinno odbywać się bez presji. Każde dziecko jest inne i każde dziecko w swoim czasie dojdzie do tego, że ekstra jest robić do nocnika a nie w pieluchę. To przecież żaden wyścig. Pośpiech i zbytni nacisk może tylko wszystko opóźnić. U nas najlepsze efekty pojawiły się gdy odpuściliśmy, kiedy daliśmy Tosi wybór. Teraz cieszymy się razem z nią kiedy z nieskrywaną radochą biegnie do nas i woła „Zrobiłam siku! Hip – hip! Hurra!”. Teraz pozostaje nam tylko, postawienie kropki nad „i” i spanie bez pampersa, ale o tym – już to czuję – powstanie kolejna historia… 🙂

2 Comment

  1. Anna says: Odpowiedz

    Gratulacje dla Tosi! 🙂 i brawa dla dzielnych rodziców 😀
    Btw, całkowicie ją rozumiem w kwestii nocnikowej bezkompromisowości. Ja po dziś dzień wolę korzystać ze swojej toalety, a żadne krzaczki/laski/drzewka w ogóle nie wchodzą w grę 😛

    1. Właściwie, to mam podobnie – krzaczki, laski, drzewka to już ostateczna ostateczność, więc w sumie… może mieć to po mnie 😀

Dodaj komentarz